Pan A. zarzuca sieć na przyjaciółkę

Już następnego dnia na K. czekało kolejne wyzwanie od Pana A.
„Za chwilę prześlę ci maila – masz go przesłać swojej przyjaciółce” – brzmiała krótka wiadomość. K. otworzyła skrzynkę mailową. W zapisanych wiadomościach znalazła gotowego do wysłania maila.

Tytuł: Weekend za miastem?

W treści było kilka propozycji miejsc, wraz z linkami do tych stron. K. wiedziała już, że zapewne Pan A. chce w swoje sidła złapać też jej przyjaciółkę. Na myśl o cipce przyjaciółki, zrobiło się jej mokro. Kliknęła „wyślij” i pozostało czekać na rozwój wypadków.

Ania niczego nieświadoma, widząc maila od przyjaciółki, zaczęła przeglądać przesłane przez nią propozycje. Były tam bliższe i dalsze miejsca. Jednak jeden z linków nie otwarł się – a przynajmniej tak się wydawało Ani. Tymczasem na jej komputerze zainstalowało się złośliwe oprogramowanie, które ominęło antywirusa. A na tym najbardziej zależało Panu A. Teraz miał dostęp do jej wszystkich tajemnic i mógł zacząć uzależniać od siebie kolejną dziewczynę…

Ze względu na obowiązki zawodowe, wyjazd na weekend musiał trochę poczekać. Ania korzystała z komputera jak zwykle, przekazując tym samym Panu A. coraz to nowe informacje o sobie, otwierając mu kolejne drzwi do dominacji – informacje o koncie bankowym, wszystkie hasła, itp. Do przejścia do działania brakowało Panu A. tylko i wyłącznie dostępu do jej telefonu komórkowego. W tym jednak znowu miała mu pomóc K. Gdy Pan A. miał pewność, że Ania nie ma dostępu do komputera i jest zdana tylko na swoją komórkę, wysłał do niej od K. wiadomość na Messengera. Wiadomość była krótka: „Obczaj tego faceta” – i plik, który do złudzenia przypominał ten w formacie .jpg, który nie chciał się załadować. Ania otwarła wiadomość i gdy kliknęła na zdjęcie – pojawił się komunikat: „Czy zapisać plik w folderze pobrane?” Odruchowo kliknęła na „TAK”. Przeszła do folderu pobrane i zobaczyła zdjęcie jakiegoś przystojnego Włocha. Skomentowała wiadomość od przyjaciółki i zapomniała o sprawie…

To znaczy zapomniałaby, gdyby nie kilka dni później…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *